Jaka nudna katastrofa

Pochodzący z Islandii Baltasar Kormakur (twórca „101 Reykjavik”), po adopcji przez Hollywood, specjalizuje się w tematyce walki o przetrwanie. Tym razem sięgnął po historię z życia rodem – rejs kochanków,  przerwany przez wielki huragan. Gdybyż reżyser na rejsie poprzestał, nie byłoby katastrofy. Pokusił się jednak niestety o opowiedzenie historii miłosnej. Miał być drugi „Titanic”, wyszło jak zawsze.  „41 dni nadziei” – nadzieję na dobre kino straciłam po 10 minutach.

Nietuzinkowy Anglik i niepokorna Amerykanka, w pięknych okolicznościach przyrody, zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Richard i Tami postanawiają wyruszyć razem w rejs dokoła świata. Jednak, żeby zdobyć na to fundusze muszą odprowadzić luksusowy jacht z Tahiti do San Diego. Trafiają w sam środek huraganu.

Nie wiem, co twórcy chcieli osiągnąć – opowiedzieć dramatyczną historię walki o przetrwanie, czy może wycisnąć łzy miłosnymi uniesieniami? Bo nie wyszło ani jedno, ani drugie. Zastosowali znany zabieg narracyjny, polegający na przeskokach w czasie i przestrzeni. Serwują widzowi walkę z szalejącym żywiołem, przeplataną retrospekcyjnymi scenami rodzącej się miłości. Wszystko to wytrąca widza z rytmu (a w konsekwencji – z równowagi). Drętwe dialogi, zero chemii między bohaterami, brak werwy, a co najważniejsze – brak napięcia. Filmu nie ratuje para popularnych aktorów młodego pokolenia.

Jedyne, czym film się broni to przepiękne zdjęcia. Sceny z lotu ptaka – bezmiar oceanu i jacht niczym łupina orzecha – naprawdę robią wrażenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *