Obywatel Jones z kapiszonem

„Obywatel Jones” podejmuje tematy niezwykle ważne: totalitaryzm, Holodomor na Ukrainie, ludobójstwo. Tematy niczym bomby, a film o sile kapiszona.

Agnieszka Holland, jak podkreślała, chciała opowiedzieć o triadzie, która prowadzi do katastrofy (skorumpowane media, tchórzliwi politycy i obojętne społeczeństwo – brzmi znajomo, prawda?). No i wyszła mała katastrofa.

Gdybym przed seansem nie wiedziała, że to film Agnieszki Holland, nigdy bym nie uwierzyła. Kulejący scenariusz, hollywoodzka maniera, całość zaledwie poprawna. No i ta klamra spinająca film – Orwell piszący Folwark Zwierzęcy – ekwilibrystka kompozycyjna rodem ze szkolnego zeszytu.

Jeśli bohater rozmawia przez telefon, widzimy sygnał biegnący kablem, by dotrzeć do centrali. Jeśli jedzie pociągiem, mamy zbliżenia na rozpędzone koła lokomotywy, przebitkę na twarz odbitą w szybie wagonu, uciekające w dal drzewa, plan ogólny z pociągiem. Dosłowność łamana przez oczywistość. Gwóźdź do mojej trumny. Gdy w wagonie pełnym zabiedzonych ludzi główny bohater zaczyna obierać pomarańczę i ona jest intensywnie pomarańczowa, a cały kadr to  szarości, to już naprawdę myślałam, że osunę się pod fotel. Ćwierć wieku po czerwonym płaszczyku Spielberga!?

Na koniec będzie o tym, co mnie urzekło. Są dwie takie sceny. Pierwsza z nich to świetnie nakręcona i zmontowana libacja w Moskwie, a druga – halucynacje wywołane głodem. Przypomniał mi się film „Lecą żurawie”, co nieco skruszyło moje serce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *