Pętla w Palm Springs

Przeżywać jeden dzień z życia na okrągło? Przecież to zwariować można. I na tę modłę zwariowana jest komedia „Palm Springs” Maxa Barbakowa. Scenariusz (nomen omen) Andy Siara. Niby bawi, niby śmieszy, ale jednocześnie (cóż za paradoks) męczy.

Wyposzczona, po długiej nieobecności w przybytku X Muzy, wybrałam się do kina z jak najlepszymi intencjami. Z premedytacją wybrałam komedię, bo chciałam się po prostu rozerwać. Na „Palm Springs” nie do końca ten cel osiągnęłam. Ale po kolei.

Pętla czasu zaczerpnięta z „Dnia świstaka”, tyle że po nowemu. Para głównych bohaterów: szelmowsko uśmiechnięty Nyles (w tej roli Andy Samberg) i nieco zdołowana Sarah (Cristin Milioti), jako goście weselni przeżywający ową uroczystość w nieskończoność. Pomysł jest, potencjał również, całość obsady „Palm Springs” też niczego sobie, są momenty, które bawią (Nyles tańczący niczym Travolta, próby przenoszenia się w niebyt), jest absurd, czarny humor, całkiem zgrabne dialogi. Co mogło mi się nie spodobać? Sama nie wiem. Po seansie wyszłam zmęczona. Może za dużo tego zwariowania? Może zirytowały mnie próby dorobienia filozofii – życie niczym batonik. Dobrze, że nie hamburger. A może przewidywalność – koza z prologu – niczym strzelba u Czechowa – wiadomo, że wystrzeli (dosłownie).

Może zadziałała magia miejsca i chwili? Może po prostu zmęczyły mnie pogwarki za plecami, kilka rzędów wyżej? Ludzie wyrwali się z domu po długim uwięzieniu, dawno nie widzieli, więc przyszli do kina nagadać. A że w czasie seansu? Przecież nie zdążyli dojechać na Krupówki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *