Szef roku

7/10

Kąśliwy humor, liczne zwroty akcji, doborowa obsada, świetnie dialogi. „Szef roku” to dobrze zrobiony, interesujący i mądry film nie tylko do pośmiania się, ale również refleksji. Obraz dość przewrotny. Głównego bohatera nie potępiamy tak, jak na to zasługuje.   

To trzeci, po „Poniedziałkach w słońcu” i „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”, wspólny film reżysera Fernanda Leona de Aranoi i Javeira Bardema. Do tego drugiego wzdycha wiele pań. „Szef roku” to także hiszpański kandydat do Oscara. W wyścigu wyprzedził samego Almodovara, więc musi być coś na rzeczy.

To nie przypadek, że tytułowego „Szefa roku” gra Javeir Bardem. To przecież specjalista od czarujących drani. Tutaj wciela się w postać właściciela fabryki wag, bezwzględnego, wyrachowanego, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel. Każde niepowodzenie przekuje w sukces. Kłamstwo, szantaż, manipulacje, mobbing, molestowanie seksualne, ingerowanie w życie prywatne pracowników. Lista grzechów jest długa. Blanco, bo tak się nazywa dyrektor (wcale nie tak nieskalany, jak sugerowałoby nazwisko) lubi powtarzać, że pracownicy są jak rodzina. Jednak wystarczy chwila, by widz nie miał co do tego żadnych złudzeń.

Choć szef jest postacią odpychającą i godną potępienia, łapałam się na tym, że momentami zaczynam mu współczuć. Ileż to przeciwności musi przecież pokonać! Jeden z kierowników ma depresję i problemy rodzinne, zawala kolejne zamówienia. Syna pracownika trzeba wyciągać z aresztu, a potem znaleźć mu zatrudnienie. Na głowę lada moment zwali się komisja. Przed bramą oflagował się niezadowolony zwolniony. No i jeszcze ten romans ze stażystką. Tylko Javier Bardem temu sprosta!       

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.