Belfast oczami dziecka

7/10

Najbardziej osobisty film Kennetha Branagha. Pożegnanie z wyidealizowanym światem, który zapamiętał z dzieciństwa. „Belfast” jest melancholijny, czuły, a jednocześnie nie pozbawiony humoru.

Reżyser wraca w „Belfaście” do momentu, kiedy przedwcześnie skończyło się jego dzieciństwo. Ulica, którą zamieszkiwał stała się polem bitwy. Mowa o wydarzeniach z 1968 roku, które były wstępem do 30-letniego konfliktu w Irlandii Północnej i które zmusiły rodzinę Kennetha Branagha do przeprowadzki.

Kameralny dramat rodzinny (rzecz dzieje się na kilku ulicach i w domu) składa się ze strzępków wspomnień kilkuletniego dziecka. Rozpadający się świat zostaje przedstawiony z perspektywy kilkuletniego chłopca, który próbuje zrozumieć, co się wokół niego dzieje. Jak pamięta dziecko? Idealizuje i koloryzuje (choć to film czarno-biały). I może właśnie dlatego kadry są przeestetyzowane, całość nieco teatralna, ojciec budowlaniec wygląda jak model z okładki, a matka gospodyni domowa jak dama (co za pozy przy obieraniu ziemniaków!).

Obraz wart zobaczenia, są sceny, które na długo zapadają w pamięć i chwytają za serce. Jednak momentami nie mogłam oprzeć się wrażeniu umowności, sztuczności. Branagh nie może pozbyć się jednak teatralnej maniery.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.