Trzy piętra

5/10

Dobrze, że to tylko „Trzy piętra” a nie wieżowiec. Najnowszy film Nina Morettiego rozczarowuje. Opowiedziane historie nie przekonują, a bohaterowie wydają się wyjęci z telewizyjnego serialu. Po mistrzu włoskiego kina spodziewałam się jednak czegoś lepszego.

To pierwszy film Nina Morettiego zrealizowany na podstawie cudzego scenariusza, adaptacja książki izraelskiego pisarza Eskhola Nevo. „Trzy piętra” przypominały mi trochę „Dekalog” i „Trzy Kolory” Krzysztofa Kieślowskiego. Nic dziwnego. W latach 80 panowie się zaprzyjaźnili. Moretti był wielbicielem twórczości polskiego reżysera. Miał nawet zagrać jedną z ról w „Podwójnym życiu Weroniki”. Plany pokrzyżowała jednak zdiagnozowana u Morettiego choroba.

Kamienica na bogatym rzymskim przedmieściu i wielowątkowa historia mieszkańców tytułowych „Trzech pięter”. Sporo tu dramatów i problemów. Jest zdrada, podejrzenie molestowania nieletniej, surowy ojciec, nadopiekuńcza matka, samolubny syn, samotna matka, której męża ciągle nie ma w domu i która powoli pogrąża się w chorobie psychicznej. Uff! Jednak Moretti nie byłby sobą, gdyby nie znalazło się w „Trzech piętrach” miejsce na humor i nadzieję.

Wszystko to jednak nie przekonuje. Wydaje się sztuczne, udawane, nieprawdziwe. Scena, gdy ojciec (bożyszcze kobiet, włoski Brad Pitt, czyli Riccardo Scamarcio) płacze przed szkołą córki wręcz śmieszy. Emocje są udawane, a całość sprawia wrażenie sztucznie sklejonych opowieści.

Aż dziwne, że obraz zrealizował reżyser, dla którego zawsze najważniejsze były: magia wielkiego ekranu, ciemna sala i wspólne przeżywanie. Ja przeżyłam tylko rozczarowanie.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.