Czwartkowy Klub Zbrodni
6/10
Zgubne są dla mnie wieczory, kiedy nie mam ochoty robić nic pożytecznego, ani ambitnego, więc włączam Netflix z zamiarem, że będę się dobrze bawić. Zachęcona gwiazdorską obsadą, zdecydowałam się na „Czwartkowy Klub Zbrodni”. Z filmu największe wrażenie zrobiły na mnie rozmowy po polsku. Dżisz wjeszorm spotkajm sze na smentaszu.
Miło posłuchać poprawnej angielszczyzny (szczególnie gdy samemu się duka). Przyjemnie zanurzyć się w wyspiarskich klimacie tweedów, filiżanek, rezydencji z kamienia. Dobrze spędzić dwie godziny w towarzystwie herbatki brytyjskiego aktorstwa. Na planie udało się zgromadzić naprawdę doborową obsadę. Jednak na tym pozytywy się kończą.
Ekskluzywne osiedle dla majętnych seniorów, którzy mogą tu wygodnie mieszkać, smacznie jadać, rozwijać rozmaite pasje, również te detektywistyczne (w czwartki przed kołem robótek ręcznych). Czworo detektywów-amatorów, czarne charaktery próbujące zamknąć ośrodek i morderca do schwytania. Do tego w sumie nie do końca typowy Polak, bo mówi po polsku gorzej niż Angielka. Przy okazji dowiedziałam się, jakim pięknym polskim (!) imieniem jest Marina.
„Czwartkowy Klub Zbrodni” zapowiadany był jako komedia kryminalna. Mnie za bardzo nie rozbawił, ani nie powalił kryminalną intrygą. Nie czytałam powieści Richarda Osmana, na podstawie której powstał film, więc trudno mi powiedzieć, czy wątek kryminalny jest toporny tylko w wydaniu filmowców, czy w książce również. Ale żeby zacząć kopać akurat w miejscu, gdzie trup jest pogrzebany? To chyba tylko Polak potrafi.
