Zamach na papieża
6/10
Tandem Pasikowski-Linda powraca na ekrany. W „Zamachu na papieża” Bogusław Linda gra… Bogusława Lindę, więc znów jest twardzielem. I to twardzielem do potęgi. Mimo śmiertelnej choroby, wymierza sprawiedliwość, wali po mordzie w imię zasad, świetnie strzela, umie obchodzić się z młotkiem i siekierą, od czasu do czasu zaleje się krwią własną i obcą. Krótko mówiąc – główny bohater wyrazisty tak, że palce lizać. Do tego plejada świetnych aktorów (Ireneusz Czop, Dobromir Dymecki, Karolina Gruszka, Adam Woronowicz), których gra oko cieszy.
Mimo to, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Pasikowski stracił pazur. Słabo wypada wątek zamachu. Moim zdaniem o wiele lepszy obraz powstałby o historii, która dzieje się we wsi, do której trafia bohater grany przez Lindę (przemoc, pedofilia i alkoholizm). Choć „Zamach na papieża” nie jest filmem złym, to daleko mu do siły oddziaływania „Psów”. Świetne otwarcie z komisją Polskiego Związku Wędkarskiego (gratka dla miłośników „Psów”), kilka dobrych scen i trochę zabawnych tekstów, które – gdy dobrze pójdzie – mogą trafić jako cytaty do szerszego obiegu, to jednak za mało, by mówić o sukcesie. Są dłużyzny. Pokażmy, jak Linda pięknie rzuca spinningiem, jak zna się na przygotowaniu naboju, jak wspaniale odrobiliśmy lekcję z ówczesnej mamony. Zróbmy więc najazd na karciany stół i banknoty z generałem Świerczewskim. Są i niedoróbki w montażu. Trąbka łka nawet w momentach, gdy muzyka powinna budować napięcie. Harcerze machają do pustego peronu. Miło było jednak zobaczyć Zgierz w roli wioski i rozpoznać kopalnię kwarcu „Stanisław” w Górach Izerskich. Od razu raźniej maszerowałabym Głównym Szlakiem Sudeckim, wiedząc, że Bogusław Linda ma mnie na celowniku.
