Wielki Marty

8/10 Przebodźcowana nadmiarem informacji, rzeczy do zapamiętania, telefonami i warkotem niszczarki, wewnętrznym życiem MZK, po seansie „Wielkiego Marty’ego” poczułam się zmęczona. Postaci zmieniały się jak w kalejdoskopie, akcja rwało rączo do przodu, a główny bohater gadał, gadał, gadał i nie przestawał. Projekcja kończąca się po 23.00 to też zdecydowanie nie moja pora. Jednak im więcej o filmie myślałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że film jest dobry, tylko ja jestem stara.  

Bezczelny, wygadany, pewny siebie, arogancki, zakochany w sobie i przekonany o swojej wyjątkowości, cwaniak, krętacz i pozbawiony skrupułów kombinator. Sposoby, jak wydostać się z opresji wyrzuca z siebie serią karabinu maszynowego. Denerwujący tak, że ma się ochotę przywalić mu rakietką. Timothee Chalamet błyszczy na ekranie. Gra w tenisa jak mistrz świata. „Wielki Marty” jest zabawny i zaskakujący, począwszy od komórki jajowej niczym piłeczki, na japońskich kibicach kończąc. Uważajcie na wanny!