Ojczyzna

8/10

Nie będę obiektywna. Bardzo cenię Pawła Pawlikowskiego, więc na „Ojczyznę” szłam z nastawieniem, że film powinien mi się podobać. Owszem, obraz jest dobry, jednak nie aż tak, jak tego oczekiwałam. Mój błąd. W kontemplacyjnej „Ojczyźnie” szukałam emocjonalnej bomby na miarę „Idy”.   

Film, jak na obecne standardy kinowe, gdy czujesz, że fotel i ty stajecie się jednością, niedługi. Lato 1949 roku. Tomasz Mann, razem z córką Eriką, przyjeżdża do Niemiec na obchody dwusetnych urodzin Goethego. Ojczyznę zdążył opuścić przed katastrofą II wojny światowej. Odczyty i bankiety organizowane są po obydwu stronach żelaznej kurtyny, która dopiero się tworzy. Miłośnicy twórczości Manna mogą się poczuć zawiedzeni. Nie ma tu wiele literatury. Nie ma nawet wiele Manna. Pisarz wydaje się odsunięty na boczny tor. Na pierwszy plan wysuwa się córka – asystentka, garderobiana, kierowca, recenzentka, tłumaczka, organizatorka.  

W „Ojczyźnie” powracają wątki, które nurtują reżysera: pamięć i utrata, emigracja i niemożność zakotwiczenia, rozdarta tożsamość, komplikowane relacje rodzinne i ideologia, która zniewala. Znów wraca forma z poprzednich obrazów: czarno-białe zdjęcia, format  zachwycać czarno-białymi, format 4:3 i kadry z efektem wysokiego sufitu. Świetne są kreacje aktorskie: powściągliwy Hanns Zischler jako Tomasz Mann i Sandra Hüller jako o wiele bardziej ludzka córka Erika.