Droga na północ
6/10 Z filmem „Droga na północ” jest tak jak z wyprawami. Entuzjazmują się nimi uczestnicy, postronni już niekoniecznie. Obraz spodoba się przede wszystkim wielbicielom górskiej włóczęgi.
Nie za bardzo wiadomo, dlaczego bohaterowie, po latach niewidzenia się, postanawiają wyruszyć w daleką wędrówkę zachodnim wybrzeżem Szkocji (West Highland Way i Cape Wrath Trail). Kamera towarzyszy im w trudach wyprawy, gdy smagani wiatrem, deszczem, nękani przez meszki, leczą odciski czy kontuzjowane kolana. Długodystansowcy wiedzą, jak to jest. Otrzymujemy zaledwie strzępy informacji na tematach życia bohaterów. Chris ma żonę, prowadzi firmę, LLuis właśnie porzucił fotografię ślubną, z której się utrzymywał. Dlaczego idą? By się sprawdzić? Uciec? Odnaleźć wartości, o których już zapomnieli? Otrzepać z kurzu dawną przyjaźń? „Droga na północ” nie daje odpowiedzi. I może wcale nie o o w tym wszystkim chodzi.
Niespieszny, kontemplacyjny film do patrzenia. Z mądrym przeslaniem na temat rzeczy, które odkładamy na później oraz o tym, co się liczy w życiu (wyprawa vs. 55 lat w pracy – szczegółów nie zdradzę, bo to najlepsza scena w filmie). Oszałamiające widoki. Kto jeszcze nie zakochał się w szkockich krajobrazach, po filmie wpadnie po uszy.
