Odyseja
7/10
Przed pójściem na „Odyseję” broniłam się, jak Antinous przed wyruszeniem pod Troję. Zwyciężyła ambicja. Nie zobaczyć najnowszego filmu Nolana? Karygodne! Czy było warto? I tak i nie. „Odyseja” według Nolana to nowe, inne spojrzenie na historię Odysa. Bohater, który robił wszystko, by do domu powrócić, tu z powrotem się ociąga. Dręczą go wyrzuty sumienia, zmaga się z zespołem stresu pourazowego, jak to zwykle w filmach hollywoodzkich bywa – przechodzi terapię, tyle że nie na kozetce lecz na kolanach Kalipso. Fascynująca postać została – zapewne w sposób niezamierzony – spłycona. A szkoda.
Nudził mnie wątek rodzinny (czekający na powrót Odysa pies był bardziej przekonujący), męczyły przegadane dłużyzny (domyślam się, że stworzone na potrzeby osób nieobeznanych z mitologią). Mało było momentów, kiedy dałam się porwać opowiadanej historii. Wyjątkiem były sceny z odczłowieczonym przez słynny i komentowany hełm Agamemnonem. Wtedy poczułam ten dreszczyk. Nie trzeba było komentarza, naprowadzania i tłumaczenia. Chodzące zło. Pewnie dlatego, że od dziecka mam słabość do Lorda Vadera.
