Lalka według Netflixa

6/10 Nie takie rzeczy działy się z dziełami twórców z polskiego Panteonu. Pamiętacie „Balladynę”, to znaczy Goplanę (Bożenę Dykiel) na motorze? Co komu w duszy gra, tak tworzy lub się inspiruje. Coś mi mówi, że w serialowej „Lalce” z Netflixa nie o duszę jednak chodzi, lecz o rozrywkę. I oczywiście nie ma w tym nic złego.

Miałam dziwne wrażenie, że serial powstał według potrzeb Netflixa oraz po gruntownej analizie wpisów i komentarzy licealistów, złorzeczących przy bliższym lub zdecydowanie dalszym kontakcie z lekturą. Że „Lalka” jest nudna, archaiczna, Wokulski stalker, prześladowca, zbok i dziad, Rzeczki stetryczały safanduła, Łęcka laleczka, która z choinki się urwała. Co więc stoi na przeszkodzie, by przerobić „Lalkę” według współczesnych oczekiwań? Po co zdania wielokrotnie złożone, wystarczą równoważniki. Niech Łęcka klnie, Rzeczki zakocha się w prostytutce, Wokulskiemu niech nie idzie w interesach, a Łęcki będzie miał gębę menela. Bluzgi, wyzwiska, koniecznie trochę seksu (nawet na stole jak w dzwoniącym listonoszu), wątek kryminalny, poród na balu (dajcie zbliżenie na rozcięty brzuch), i zakrwawione zwłoki zatłuczonego arystokraty. Podlejcie to wszystko sosem emancypacji. Algorytm pokazał, że w „The Crown” spodobała się scena, gdy Diana tańczy na scenie dla Karola. Dajcie Wokulskiego na scenę!     

Serial obejrzałam do końca. Momentami nawet dobrze się bawiłam (szczególnie przy scenach z Rzeckim i Marianną). Świetny był Piotr Adamczyk jako baron Krzeszowski. Dziwią mnie jednak głosy, że Prusowi, jako osobie otwartej i postępowej, na pewno taka „Lalka” by się spodobała. Gdyby takiej właśnie „Lalki” chciał, to by ją napisał.