C’Mon C’Mon

8/10

Są filmy, po obejrzeniu których cieszę się, że wynaleziono kino. „C’Mon C’Mon” do takich należy. Zatrzymuje widza w biegu, by go po prostu przytulić. Mądry, czuły, z zadziwiającą prostotą mówiący o rzeczach ważnych, jeśli nie najważniejszych. Obraz dla wrażliwców.

Nadwrażliwiec kina, za jakiego uchodzi Mike Mills, stworzył film niezwykły. Prosty, skromny, niespieszny w narracji. „C’Mon C’Mon” to pochwała życia z całym jego dobrodziejstwem. Nauka uważnego słuchania, ale i mówienia o emocjach. Film skłania do przyjrzenia się relacjom, jakie nas łączą i zatroszczenia się o siebie nawzajem.

Dziennikarz (w tej roli Joaquin Phoeniks) przygotowuje projekt o nastolatkach z Detroit, Nowego Jorku, Nowego Orleanu i Los Angeles. Zadaje im pytania, na które nie ma dobrych ani złych odpowiedzi (co czują, czego pragną, czego się boją). Tak na marginesie – w Koninie taki temat w mediach by nie przeszedł (niektórzy redaktorzy hołdują hasłu: „Napisz to tak, jakbyś opowiadał sensacyjne wydarzenie”). W trakcie pracy decyduje się zaopiekować swoim dziewięcioletnim siostrzeńcem (rewelacyjny Woody Norman). To punkt wyjścia do opowieści o potrzebie bliskości, potrzebie zrozumienia, potrzebie bycia zauważonym i wysłuchanym.

Mike Mills, jak mało kto, posiadł umiejętność przeplatania elementów komicznych i dramatu. W „C’Mon C’Mon” wzruszenie miesza się ze śmiechem, sytuacja emocjonalnie chwytająca za gardło przerywana jest żartem, a zabawa przeradza się w zamyślenie. Jaki samotny musi być człowiek, skoro o swoich uczuciach mówi do mikrofonu, zamknięty w pokoju? Co chce powiedzieć dziecko, proponując zabawę w sierotę?  

„C’Mon C’Mon” zostaje w widzu na długo. To swego rodzaju terapia. Sprawia, że chciałoby się być lepszym. Czyż można chcieć więcej?   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.