Ennio

6/10

Legenda za życia. Nie ma chyba na świecie osoby, której nazwisko Ennio Morricone nic by nie mówiło. Dwa lata po śmierci kompozytora wszedł do kin dokument, będący hołdem dla talentu mistrza. Zrealizował go długoletni przyjaciel Giuseppe Tornatore.

Stworzył muzykę do blisko 500 filmów. Jak stwierdził Bernardo Bertolucci, prawie nie widziałeś dobrego włoskiego filmu bez muzyki Ennio. Eksperymentator, który zdobył staranne wykształcenie muzyczne. Twórca porywających evergreenów. Na pół wieku połączył go magiczny i niełatwy związek z kinem, który co jakiś czas obiecywał zerwać, lecz na szczęście nigdy mu się to nie udało. Przez lata niedoceniany przez Amerykańską Akademię Filmową. Wcześniej sześciokrotnie nominowany do Oscara (za „Niebiańskie dni”, „Misję”, „Nietykalnych”, „Bugsy’ego”, „Malenę”), honorową statuetkę otrzymał dopiero w 2007 roku, a w 2015 za „Nienawistną ósemkę”.   

Ennio Morricone w filmie jawi się jako człowiek niezwykle skromny, a jednocześnie świadomy swojej wartości. Opowiada o sobie w domowych pieleszach (stan jego gabinetu bardzo podniósł mnie na duchu), jednak swojej prywatności bardzo strzeże. Dokument zrealizował jego bliski przyjaciel Giuseppe Tornatore, z którym współpracował przez blisko 30 lat (m.in przy „Cinema Paradiso”, „Malenie”, „Koneserze”) .  

Opowiadając o takiej postaci, trudno nie przeszarżować. Lista dokonań imponujący, dorobek półwieczny. Widz może się poczuć przytłoczony ilością informacji, liczbą gadających głów. Nie znajdziemy tutaj żadnej montażowej ekwilibrystyki. Życie mistrza wtłoczone zostało w dwuipółgodzinny obraz, opowiedziane chronologicznie od A do Z, czyli od dzieciństwa ze zdjęciami pulchnego naguska Ennio, po ostatnie koncerty. Na dokument składa się wywiad rzeka, materiały archiwalne, zdjęcia i rozmowy ze sławami. Film jest poprawny, jednak bez polotu. Braki rekompensuje muzyka mistrza. Dałam się tak ponieść, że po latach znów sięgnęłam po „Dawno temu w Ameryce”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.