Gdzie śpiewają raki

3/10

Książka „Gdzie śpiewają raki” pióra Delii Owens nie przypadła mi do gustu, więc może właśnie dlatego ekranizacja nie okazała się aż tak traumatycznym doświadczeniem. Choć łatwo nie było.  

Mój główny zarzut dotyczy zarówno filmu jak i książki. Trudno uwierzyć w opowiedzianą historię. Porzucone przez rodzinę dzikie dziecko, pozbawione opieki i jakiejkolwiek pomocy, terroryzowane przez ojca alkoholika, wyśmiewane i wyszydzane przez otoczenie, żyjące w samotności na marginesie społeczeństwa, wyrasta na piękną, wrażliwą, świadomą kobietę. Jak to możliwe? Bohaterka robi zawrotną karierę (w tym naukową!).

Żyjąca w skrajnej biedzie Kya (w tej roli Daisy Edgar-Jones), przypomina w filmie raczej modelkę z pisma dla nastolatek z burzą modnie obciętych włosów, a biel jej sukienki rodem z reklamy proszku do prania. Jeśli czepiam się głównej bohaterski, w adorujących ją amantach lepiej nie wspominać. Są tak nieciekawi, że lepiej zaszyć się na bagnach.    

Film ckliwy, wymuskany, przewidywalny i słodki jak mleko w tubce. Nie ma w nim miejsca na głębsze analizy, choć w książce były poruszane kwestie rasizmu i podziałów klasowych. Natomiast niewątpliwym plusem obrazu jest to, że zaoszczędzone nam były stwierdzenia typu: „w ich oczach zatańczyły łzy”. No i mokradła Karoliny Północnej przyjemnie się ogląda, więc czas spędzony w kinowym fotelu nie był tak do końca stracony.    

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.